poniedziałek, 8 października 2012

góry...

Jest zawsze taki moment na szlaku, w którym zadaję sobie pytanie: dlaczego nie pojechałam nad morze? Czemu nie skusiłam się na wiosłowanie po jednej z polskich rzek, lub łapanie wiatru w żagle na jeziorach? Dlaczego w ogóle wstałam o poranku, założyłam buty i spakowałam plecak? Czemu?

Nie mam już siły. Nic nie widać, poza mgłą, a wilgoć lasu sprawia, że nie mam czym oddychać. Niech nikt mi nie mówi, żebym delektowała się zapachem, niech nikt mi nie mówi, żebym cieszyła się przyrodą. 

Nie wiem kiedy się to skończy, wiem, tylko, że przede mną dukt leśny zamienia się w śliskie kamienie, mogę tylko ufać, że jest jeszcze jakaś droga za zakrętem. Musi być przecież jeszcze jakaś droga za kolejnym zakrętem.

Nie chcę usiąść. Nie mam na czym usiąść. Nie chcę się zatrzymać, bo wiem co jest za mną, co jest dookoła mnie, i mam pewność, upartą pewność dwu latka, że to co jest mi obiecane, jest dalej. Po prostu trochę dalej. Jeszcze dalej.

Zostawiłam na ten moment wszystko i wszystkich. Są takie kroki, które muszę po prostu zrobić sama. Są takie myśli, które muszą się ułożyć właśnie teraz. To musi trochę boleć. Zmęczenie jest wpisane w bieg po zwycięstwo. Wysiłek jest częścią radości z ukończenia biegu.

Nie zmienia to faktu, że po twarzy biegną łzy bezradności. Nie będę udawać, że pada. Nie. Czuję się bezsilna,  Płaczę w mojej słabości. I robię kolejny krok. Jeszcze jeden i jeszcze jeden. Mimo łez, mimo bezsilności.

Dlaczego to wszystko. Skąd to wszystko. Po co to wszystko? Jedno zdanie kiedyś zmieniło wszystko. Jedno zdanie, które dotknęło moje serce, zapadło w nie i zaczęło wzrastać. Jedno zdanie, które powraca nieustannie, szczególnie w dni takie jak ten. Jedno zdanie. Jakie?

"Pójdź za mną."

por. J 21,15-19

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz