czwartek, 19 stycznia 2012

biec do końca

Byłam z wizytą. Bardzo lubię to miejsce. Dom na uboczu, czajnik z herbatą na piecu. Za oknem sikorki i dzięcioły huśtają się na sznurze do prania, wyjadając smakołyki, specjalnie dla nich przygotowane. Zawsze są herbatniki i czas, żeby po prostu, ze sobą pobyć. Usłyszałam tam, po raz kolejny, zdania, które mogły paść tylko z ust kobiety mądrej swoim kilkudziesięcioletnim życiem. Mądrej tym, o czym ja nie mam zielonego pojęcia. W środę usłyszałam zdanie, które idealnie podsumowywało to, co Pan Bóg przemienia w moim życiu, w tym czasie: "Choroba? Każdy ma jakąś, trzeba ją po prostu... polubić. Jak się ją zna, to można usiąść i płakać, albo można iść dalej. Ten kto siedzi i płacze, może nawet nie zauważyć, że Pan Bóg mu tą chorobę zabierze."
Mam wrażenie, że przez długi czas szłam do przodu, stale oglądając się za siebie, lub ewentualnie niepewnie rozglądając się na boki. Nagle, po prostu spojrzałam przed siebie, i odkryłam, że jest... po prostu pięknie. Tak jak usłyszałam niedawno, morze Czerwone już dawno za mną, czas pustyni uczy wytrwałości. Kluczem do przeżywania tego wszystkiego, jest jednak przecież nie tylko to, czym Pan Bóg obdarowuje teraz (bez względu na to, jak trudne czasem wydaje się to obdarowanie), ale to, co czeka na końcu. Jak by na to nie patrzeć, jest to po prostu... Ziemia Obiecana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz